Zimne, ciepłe kraje, czyli część pierwsza.

W tym dziale rozmawiamy o górach z całego świata oraz przedstawiamy nasze relacje i zdjęcia z wycieczek zagranicznych. Również tu możesz zapytać o przygotowania, problemy i trudności przy organizowaniu wypraw zagranicznych.

Moderatorzy: adamek, PiotrekP, Moderatorzy

Awatar użytkownika
gobo
Turysta
Turysta
Posty: 201
Rejestracja: 08 marca 2014, 17:37
Lokalizacja: Rybnik

Zimne, ciepłe kraje, czyli część pierwsza.

Post autor: gobo » 22 lipca 2016, 0:41

Jednak pół litra kawy to za dużo. Od godziny siedzę w samochodzie i pęcherz zaczyna coraz wyraźniej oznajmiać o swoim istnieniu. Ale nie ma czasu – góra za 70 minut powinienem być na lotnisku, a tu mi jakieś roboty drogowe wyskakują. W końcu wpadam na terminal i przedeptując z nogi na nogę, rozglądam się za Rafałem i Pawłem, którzy też już tu powinni być. Hmm... Byłoby o wiele spokojniej, gdybym miał ich numery telefonów. Na szczęście za pośrednictwem ich kolegi, którego ja poznam dopiero za dwa tygodnie odnajdujemy się i wreszcie mogę uwolnić nadmiar płynów. Mamy dwa namioty na trzy osoby – to niepotrzebny ciężar, więc zostawiamy jeden z nich w samochodzie na lotniskowym parkingu i teraz już na luzie możemy rozpocząć tegoroczną wyprawę życia.
Lubię ten zapach po wyjściu z samolotu. Niby powietrze to samo na całym świecie, ale jednak czuję subtelną różnicę. Śmieję się w myślach, że to zapach przygody.
Ciężko trafić do naszego auta z wypożyczalni, która położona jest już poza lotniskiem. Pojazd różni się od tego, który zamawiałem przez internet, lecz bez problemu mieści w bagażniku nasze plecaki. W końcu i cena to inna bajka, ale za stosunkowo niewielką dopłatą nie muszę zawracać sobie głowy wkładem własnym. Popołudniowa Malaga (bo właśnie w tym hiszpańskim kurorcie wylądowaliśmy) to tłoczne autostrady, dlatego postanawiamy, że czym prędzej trzeba uciekać do Granady, gdzie chcemy kupić wodę i gaz. W oddali majaczy masyw Sierra Nevada, a jego ośnieżone szczyty dość wyraźnie kontrastują ze świeżą zielenią nizin. W miarę zbliżania się do Granady góry potężnieją, pokazując że wejście na Mulhacén, najwyższy szczyt kontynentalnej Hiszpanii nie będzie spacerkiem. Ale to jeszcze nie teraz... W okolicznym centrum handlowym robimy niezbędne zakupy i chcąc spróbować hiszpańskiego żarcia idziemy do jedynego otwartego o tej porze bistro. Chyba nie trafiliśmy zbyt dobrze, bo oferowane „specjały” mają, najdelikatniej mówiąc, bardzo nienachalny smak.

Obrazek
Obrazek

Jedziemy dalej. Przed nami jeszcze blisko 1000 km drogi, więc nie ma na co czekać. Zasuwamy do zmroku, po czym skręcamy w jakąś boczną, ukrytą wśród wzgórz dróżkę. Teren jest kamienisty, dlatego poszukiwania dogodnego miejsca pod namiot nieco trwają. Jak na Hiszpanię jest dość chłodno, więc w aklimatyzacji pomaga zagrzane w bagażniku piwo, po degustacji którego stwierdzamy, że gaj oliwny to jednak bardzo dobre miejsce na biwak. Przez większość następnego dnia połykamy autostradowe kilometry, by około 16-tej zatrzymać się w Arinsal u podnóża Comapedrosa (2942 m n.p.m.), najwyższej góry Andory. Właściwie dopiero tutaj powinna zacząć się relacja. Droga, jak każde wejście, jest żmudna i mało widowiskowa. Do tego pogoda nie jest już taka jak z rana. Pireneje przypominają ponure, jesienne Tatry, robi się szaro, a my, wzorem lat poprzednich, nie posiadamy mapy, żeby choć spojrzeć jak długo jeszcze. Nareszcie ok. 22-ej dochodzimy do Refugi de la Comapedrosa. Nie spodziewamy się tłumów, ale chyba jakieś życie tu jest? Tymczasem cisza... W końcu otwiera nam jakaś miła kobieta i informuje, że w zasadzie schronisko jest jeszcze zamknięte, a sezon zaczyna się jutro i jeszcze nie wszystko jest przygotowane. Ale jak już jesteśmy... Z czołówkami na głowach wchodzimy do pustej sali, na szybko pichcimy, popijając browarkiem i ok. północy kładziemy się spać. Rano niespodzianka – gospodyni oświadcza, że skoro jesteśmy pierwszymi gośćmi w sezonie to spanie mamy gratis. Świetnie, zaoszczędzone można przepić – śmiejemy się. Tymczasem nie ma co zwlekać, góra sama się nie zrobi. Bez mapy mamy dość mgliste pojęcie jak iść, a ukryte pod śniegiem kamienie z oznaczeniem szlaku zadania nie ułatwiają. Noo... mniej więcej tam... No to idziemy. Szczęśliwie są jeszcze na śniegu pozostałości dawno przedeptanego śladu, więc ten najbardziej problematyczny odcinek nie sprawia nam większych trudności. Potem mamy iść już tylko granią do samego szczytu, zatem metry połykamy sprawnie. Im bliżej wierzchołka, tym mniejsza nadzieja, że cośkolwiek z niego zobaczymy. A do tego wieje zdrowo. Trochę szkoda, podobno panorama szczytowa jest przepiękna, co niestety będę mógł zobaczyć tylko na zdjęciach w necie. Warunki nie zachęcają do pikniku, więc kilka fotek na tle mgły i schodzimy. Po drodze spotykamy ekipę – jakżeby inaczej – z Polski. A że oprócz nich i nas w schronisku melduje się trzecia grupa rodaków, gospodyni pyta czy u nas jest jakieś święto narodowe (nie było).

Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Dobę po opuszczeniu auta siedzimy w nim ponownie. Wcale nie mamy parcia na nocną jazdę, toteż zatrzymujemy się w opuszczonej, zrujnowanej hacjendzie, gdzie urządzamy sobie kameralną imprezkę na okoliczność zdobycia szczytu. Następnego dnia obserwacja zza szyb samochodu ciągnących się kilometrami plantacji pomarańczy robi swoje. Że niby tak będą se rosły i nic? ¡No pasarán! Cichaczem zjeżdżamy w jedną z dróżek przebiegających przez taki gaj i uwalniamy najbliższe drzewko z przytłaczającego je ciężaru. Rolnik nie zbiednieje, a my... nie samym piwem człowiek żyje.

Obrazek
Obrazek
Obrazek

Teraz kierunek Trevelez, skąd wyskoczymy na wspomniany wcześniej Mulhacén (3479 m n.p.m.). Szukanie miejsca pod namiot w tej wiosce nie należy do zadań łatwych, zwłaszcza po zmroku. Nie dość tego – samo odnalezienie wejścia na szlak nastręcza problemów. Krążąc w okolicy domniemanego początku szlaku trafiamy wreszcie na kawałek płaskiej przestrzeni. Parkujemy samochód i rozbijamy namiot, lecz już w trakcie wykonywania tej czynności widzimy, że coś tu jest nie teges. Biała linia wymalowana na kamiennej posadzce układa się w kształt wielkiej litery H. Lądowisko znaczy... Ale przecież po nocy lądować nie będą! Chyba... A niech tam, zostajemy! Budzi nas oślepiający blask reflektorów i warkot silnika. Ktoś szarpie namiotem. Co jest motyla noga? Jakiś umundurowany Jesus (czyt. Hesus – nazywaliśmy tak wszystkich dziwnych gości w Hiszpanii) najwyraźniej nie jest zadowolony z naszej obecności. Po angielsku próbujemy dowiedzieć się o co mu chodzi, ale to daremny trud. Z żywej gestykulacji wnosimy jednak, że mamy spadać, w podskokach najlepiej. Zbieramy się i resztę nocy kimamy w samochodzie kilka kilometrów dalej. Co jakiś czas policja przejeżdża obok, jakby sprawdzając czy dobrze się miewamy. Kutasy...
W drogę wychodzimy jeszcze przed wschodem słońca. Nie to, żeby nam się jakoś bardzo spieszyło, ale spanie w samochodzie niespecjalnie nam służy. Kombinujemy, że skoro szlak zaczynający się w wiosce skręca w naszą stronę, to na pewno gdzieś go przetniemy i dalej będziemy nim podążać. Kończy się tym, że niemal do południa wytyczaliśmy nową Via Polacco po jakichś barzołach... Z opresji ratują nas Mapy Google, które tłuką nam do łba to co i tak sami wiemy – weszliśmy w jakieś gówno. Przy okazji jednak pokazują gdzie jest wyjście. Po jakiejś godzinie jesteśmy w miejscu, gdzie z dołu widzieliśmy samochód i ta droga wiedzie już prosto do celu. Wspomniany samochód napotykamy kilkanaście minut później. Jesus jechał do pobliskiego schroniska, by przeprowadzić remont instalacji elektrycznej. Po drodze chciał ominąć płat śniegu, zjechał nieco z trasy i utknął w innej zaspie. A że śnieg był rozmokły a auto z napędem na jedną oś, zakopał się... Lecz oto idziemy my. Pomożemy Jesusowi wydostać się z opresji to pewnie podrzuci nas kawałek. Jednak nasza pomoc okazała się, hmm... niewystarczająca. Ciężko podnieść w trójkę dwutonowe bydlę. Gdy zaczęliśmy podejrzewać, że na dokładkę chyba spaliliśmy gostkowi sprzęgło, odczuliśmy nagły przymus opuszczenia tego miejsca. On i tak dzwoni po pomoc drogową, a my nie zamierzamy spędzić tu całego dnia. Mulhacén z tego miejsca wygląda imponująco i widać, że sporo drogi jeszcze przed nami. Im wyżej tym mocniej wieje. Niekiedy wręcz można „położyć się” na tym wietrze. Myślę, że czasami porywy wiatru spokojnie osiągały 100 km/h i więcej. Przykrą niespodzianką okazują się kolejne przedwierzchołki. Idziesz, idziesz i kiedy myślisz, że to już... odsłania się kolejny odcinek biegnący wyżej. Każda droga jednak kiedyś się kończy i z daleka poznajemy charakterystyczny słupek i kapliczkę wkomponowaną w skałę. Natychmiast kryjemy się za murkiem, który jest pozostałością jakiejś budowli i na spokojnie przystępujemy do konsumpcji na miejscu. Na tę okazję otwieram już tradycyjnie przywiezione z Polski piwo (w Andorze też było), kalmary w czarnym sosie (ok. 1€ za trzy puszki w jednym z miejscowych marketów) oraz soczystą pomarańczę (za darmo). Choć niebo jest pogodne, widoczność jest słabiutka, co jak sądzę, jest winą pustynnego pyłu zawieszonego w powietrzu. Ale to taka specyfika tych gór. Posileni zaczynamy schodzić. Choć droga jest łatwa to porywisty wiatr skutecznie nas spowalnia, aż do momentu gdy schodzimy na zawietrzną. Nieco dobija widok Trevelez, które jest tak strasznie daleko... Chyba pierwszy raz zdarzyło mi się w ciągu jednego dnia zrobić 2 km w górę i w dół, więc do wioski wkraczamy wypruci. Scena jak z taniego westernu. Trzech snujących się włóczęgów. Zamiast odgłosu podkutych kopyt i dzwonienia ostróg, w zupełnej ciszy leniwego popołudnia słychać jedynie stukot kijów trekingowych. Okiennice się zamykają, miejscowi dziadkowie w milczeniu odprowadzają nas wzrokiem, psy tchórzliwie czmychają w ciemne zakamarki. W tej dusznej atmosferze dochodzimy do saloonu, gdzie rozsiadamy się wygodnie, zakładamy nogi na krzesła, a rewolwery kładziemy na stoliku. Z mrocznego wnętrza knajpy wychodzi do nas brodaty barman w zaplamionym fartuchu. Strzelanina wisi w powietrzu... Eee, wróć! Było trochę inaczej – bez rewolwerów.

Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Plan wykonany, a do samolotu zostało nam 2 dni. Po krótkiej naradzie wojennej postanawiamy, że olejemy Ścieżkę Króla i skoczymy do nieodległego Gibraltaru na słynną skałę. Nasz cel to oczywiście browar szczytowy. Gibraltar Rock to obecnie bardzo turystyczne miejsce i aby dotrzeć do podnóża tego skrawka Zjednoczonego Królestwa, kierowca musi się nieźle nagimnastykować. Na szczęście obowiązuje ruch prawostronny, bo inaczej widzę mrok... Spacer na ponad 400-metrową skałę zajmuje nam nieco ponad godzinę. Widoki piękne, w oddali majaczy Afryka, wokół skaczą małpy, kilka kroków dalej bar, gdzie jakaś uprzejma starsza pani oddaje nam swoje piwo, które najwyraźniej ją pokonało. Po pysznej, obfitej kolacji na Irish Street, popartej świeżutkim Guinnessem postanawiamy spędzić noc na plaży. Jest cholernie nastrojowo. Światła Afryki, szum morza, ryk motorów okolicznej gównażerii jeżdżącej po plaży, huk startujących odrzutowców z odległego o 200 m lotniska...

Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek

W Polsce lądujemy przed południem. Szybko się żegnamy i co koń mechaniczny wyskoczy gnam do domu. Przepakować się muszę, bo wczesnym rankiem następnego dnia znowu wyruszam w drogę...
Tauzen
Turysta
Turysta
Posty: 635
Rejestracja: 23 lutego 2010, 15:30

Post autor: Tauzen » 23 lipca 2016, 10:33

Na początek, może przerzucisz do działu Relacje. Na pewno więcej osób poczyta.
Ciekawie napisana relacja.
Dużo Wam jeszcze zostało do końca korony? Na ścieżkę króla mieliście zrobioną rezerwację, czy po prostu z marszu by się udało. Kiedyś sprawdzałem, to dwa miesiące do przodu wszystko było zajęte.
Awatar użytkownika
gobo
Turysta
Turysta
Posty: 201
Rejestracja: 08 marca 2014, 17:37
Lokalizacja: Rybnik

Post autor: gobo » 23 lipca 2016, 20:45

Nie śmiałbym tego zrobić - byłoby to zwątpienie w inteligencję Czytelników :8)
Mi została tylko Islandia. Moi towarzysze dopiero wchodzą w temat, ale kilka mocnych akcji już zrobiliśmy. Ścieżkę zakładaliśmy zrobić bez rezerwacji, lecz po jej remoncie parcie jakby spadło...
Awatar użytkownika
Barbórka
Turysta
Turysta
Posty: 810
Rejestracja: 02 stycznia 2011, 21:12
Lokalizacja: Warszawa

Post autor: Barbórka » 25 lipca 2016, 19:17

o żesz Ty Gobo człowieku:) fotki jak zwykle pierwsza klasa :)
Awatar użytkownika
gobo
Turysta
Turysta
Posty: 201
Rejestracja: 08 marca 2014, 17:37
Lokalizacja: Rybnik

Post autor: gobo » 25 lipca 2016, 19:36

A jednak ktoś czyta :lol: Tauzen, Basia - dzięki :)
Awatar użytkownika
PiotrekP
Administrator
Administrator
Posty: 7673
Rejestracja: 22 kwietnia 2009, 11:33
Lokalizacja: Świdnica
Kontakt:

Post autor: PiotrekP » 25 lipca 2016, 21:25

Czyta, czyta się. Korona Europy jest już blisko. Czekamy na kolejne relacje z miejsc bardzo pięknych.
Zastanawiam się czy nie przenieś Twojej relacji do działu "Relacje...".
Góry są piękne i niech takie pozostaną.

Nasze Wędrowanie
Awatar użytkownika
Pudelek
Turysta
Turysta
Posty: 2692
Rejestracja: 23 czerwca 2008, 17:43
Lokalizacja: Oberschlesien

Post autor: Pudelek » 25 lipca 2016, 21:27

Zdjęcie i ujęcia świetne (poza Żubrem, na tak wyjątkową okazję to wypadałoby coś lepszego niż sikacz ;))

Szkoda, że nie ma tutaj takiej galerii ogólnej z poszczególnych szczytów :P Link do google photos przenosi każdego do jego własnej galerii :P
https://picasaweb.google.com/110344506389073663651
http://hanyswpodrozach.blogspot.com/
"Szanowny Prezydencie. Błogosławione łono, które Ciebie nosiło i piersi, które ssałeś"
Awatar użytkownika
heathcliff
Członek Klubu
Członek Klubu
Posty: 2670
Rejestracja: 27 maja 2009, 20:24
Lokalizacja: _Ziemia Dystrykt_Ruda Śląska Sektor_1
Kontakt:

Post autor: heathcliff » 25 lipca 2016, 22:55

gobo dzięki za relacje i oczywiście grarki :)
Przytulam żonę i jestem szczęśliwie wolny... Ile wyjść tyle powrotów życzy heathcliff

https://plus.google.com/117458080979094658480
Awatar użytkownika
WAR
Członek Klubu
Członek Klubu
Posty: 348
Rejestracja: 24 marca 2012, 19:35
Lokalizacja: Gdynia

Post autor: WAR » 25 lipca 2016, 23:23

Już powoli nasuwa się pytanie, co dalej? Korona Świata?

Czytałem kilka Twoich relacji. Wszystkie były napisane bardzo ciekawie, przybliżało mnie do ciekawych miejsc, które może uda mi się odwiedzić, więc nie chciałbym żebyś zakończył przygodę na Islandii.
Awatar użytkownika
gobo
Turysta
Turysta
Posty: 201
Rejestracja: 08 marca 2014, 17:37
Lokalizacja: Rybnik

Post autor: gobo » 26 lipca 2016, 8:07

PiotrekP pisze: Czekamy na kolejne relacje z miejsc bardzo pięknych.
Zastanawiam się czy nie przenieś Twojej relacji do działu "Relacje...".
Ciąg dalszy w drodze, że tak powiem :) A gdzie mnie przeniesie JNP Administrator, to już nie mnie maluczkiemu wnikać :twisted:
Pudelek pisze: ...coś lepszego niż sikacz )

Szkoda, że nie ma tutaj takiej galerii ogólnej z poszczególnych szczytów...
Posiadając niemal 30-letnie doświadczenie w temacie degustacji browarów, stwierdzam że Żubr nie odbiega zasadniczo smakiem (a raczej jego brakiem) od reszty popularnych eurolagerów. Tzw. piwo pod tytułem Carlsberg jest znacznie gorszą popłuczyną.
Szykuję się powoli do takiej większej prezentacji. Będzie można zobaczyć (i nieco poczytać) każdy z 45 szczytów, na które wszedłem.
WAR pisze:... nasuwa się pytanie, co dalej? Korona Świata?
Oj nie! Znajomi namawiają mnie na różne pozaeuropejskie wyskoki, ale obiecałem żonie, że dam już spokój... Tzn. w przyszłym roku dam sobie spokój... Albo dam spokój jak tylko z jakichś gór wrócę - do czasu aż w jakieś znowu pojadę... Eee, coś tam jej obiecam... :lol:
PiotrekP, Pudelek, heathcliff, WAR - dzięki :)
Awatar użytkownika
Pudelek
Turysta
Turysta
Posty: 2692
Rejestracja: 23 czerwca 2008, 17:43
Lokalizacja: Oberschlesien

Post autor: Pudelek » 26 lipca 2016, 8:12

gobo pisze:Posiadając niemal 30-letnie doświadczenie w temacie degustacji browarów, stwierdzam że Żubr nie odbiega zasadniczo smakiem (a raczej jego brakiem) od reszty popularnych eurolagerów.
ustaliłbym go jednak w dolnej części tych popłuczyn ;) No i przecież nie samym eurolagerem żyje człowiek :D
gobo pisze: Tzw. piwo pod tytułem Carlsberg jest znacznie gorszą popłuczyną.
Carlsberg to nie tylko te siki z zieloną okładką - w Danii mają tego ze kilkanaście rodzajów łącznie z pszeniczniakami, IPA-mi, APA-mi i podobnymi :) No ale to w większości zostaje na miejscu a nie na eksport.
Szykuję się powoli do takiej większej prezentacji. Będzie można zobaczyć (i nieco poczytać) każdy z 45 szczytów, na które wszedłem.
super :)
https://picasaweb.google.com/110344506389073663651
http://hanyswpodrozach.blogspot.com/
"Szanowny Prezydencie. Błogosławione łono, które Ciebie nosiło i piersi, które ssałeś"
Awatar użytkownika
gobo
Turysta
Turysta
Posty: 201
Rejestracja: 08 marca 2014, 17:37
Lokalizacja: Rybnik

Post autor: gobo » 26 lipca 2016, 8:54

Pudelek pisze: No i przecież nie samym eurolagerem żyje człowiek :D
Dokładnie! Np. na okazję zdobycia KE trzymam w domu niemal 30-letnie Porto :)
Awatar użytkownika
Barbórka
Turysta
Turysta
Posty: 810
Rejestracja: 02 stycznia 2011, 21:12
Lokalizacja: Warszawa

Post autor: Barbórka » 27 lipca 2016, 16:35

gobo pisze:
Pudelek pisze: No i przecież nie samym eurolagerem żyje człowiek :D
Dokładnie! Np. na okazję zdobycia KE trzymam w domu niemal 30-letnie Porto :)
ja tam jestem dumna, że miałam malutki wkład i chociaż mogłam raz towarzyszyć Ci na wyprawie - na dach Irlandii:) do dziś wspominam jak wyciągnęliśmy piwka i kiełbachy na lotnisku, a co niektórzy spoglądali na nas "spod byka" ;) no i ta śląsko "godka" - bezcenne
Awatar użytkownika
gobo
Turysta
Turysta
Posty: 201
Rejestracja: 08 marca 2014, 17:37
Lokalizacja: Rybnik

Post autor: gobo » 28 lipca 2016, 8:44

:10:
Awatar użytkownika
jck
Turysta
Turysta
Posty: 3081
Rejestracja: 14 listopada 2007, 22:57
Lokalizacja: Katowice
Kontakt:

Post autor: jck » 15 września 2016, 9:00

W końcu była okazja przeczytać. Ładnie, z chęcią bym sam zawitał w tej rejony, ale to raczej nieprędko...

To kiedy Islandia?
Życie nie zaczyna się powyżej 5000 mnpm. Powyżej 6000 mnpm tym bardziej...
Odpowiedz